Miasto ostateczne. Stambuł dla tych, którzy kochają życie

Błękitny Meczet, Stambuł
Błękitny Meczet, Stambuł / fot. MM

To jedno z tych miejsc na świecie, miast, które nie zostawią Cię obojętnym. Pierwsza wizyta w dzisiejszym Stambule zaskakuje. Słyszy się wszędzie, że jest magiczny, piękny i wyjątkowy, ale mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak miejsce to ewoluuje wraz z rozwojem współczesnego świata. Owszem, ma swój wyjątkowy klimat i charakter, ale też oblicze nowoczesne, prawdziwie wielkomiejskie, młode.

  • Turcy przywiązują dużą wagę do bezpieczeństwa sanitarnego. Bez maseczki nie wejdziemy praktycznie nigdzie, często w miejscach publicznych mierzona jest też temperatura, pilnuje się dezynfekcji rąk.
  • Nie ma przeszkód, by przylecieć do Turcji – nie są wymagane testy, dla Polaków nie obowiązują kwarantanna, również w naszym kraju obywatele polscy powracających z Turcji nie muszą się jej poddawać. Po kraju można przemieszczać się swobodnie.
  • Wrzesień 2020 to idealny czas, by odwiedzić Stambuł. Miasto jest „puste”. W głównej dzielnicy Stambułu, Taksim, tłok na ulicach przypomina to, co możemy zobaczyć w Warszawie w godzinach szczytu, ale w tutejszej skali oznacza to „pustkę”.
  • Na ulicach obowiązkowe są maseczki, Błękitny Meczet jest w remoncie, ale można wejść do środka, zamknięty dla zwiedzających jest Pałac Topkapi. Aby wejść do Hagi Sofii trzeba się odpowiednio ubrać, wstęp jest darmowy.

Dla tych, którzy przed przyjazdem tutaj zapomnieli sprawdzić dane o liczebności mieszkańców pierwszym szokiem będzie rozmach urbanizacyjny tego zamieszkałego przez 15 mln osób miasta. Już świeżo co otwarty (pechowo tuż przed lockdownem) nowy port lotniczy, sztandarowa inwestycja obecnego prezydenta, robi duże wrażenie. I mówi dużo o współczesnej Turcji, tempie jej rozwoju, potencjale, oraz o tym, ile osiągnęła w ostatnich latach.

Stambuł w pigułce i w maseczce

Przejazd trzypasmowymi obwodnicami, plątaniną rozjazdów, estakad, uświadamia, że jesteśmy w mieście prawdziwie rozwiniętym. Nowoczesne oblicze Stambułu to jednak zaledwie początek – dotarcie do serca tego miejsca musi zająć trochę czasu.

Podczas zorganizowanego dla prasy objazdu mieliśmy na to zaledwie półtora dnia – to akurat tyle, aby zobaczyć te najważniejsze miejsca w skrótowym, ekspresowym tempie i zapragnąć tu wrócić, by zagłębić się na dłużej w plątaninę ulic. Dziś jedynym mankamentem jest to, że Stambuł płaci podczas pandemii cenę za swój rozmiar. Ponieważ miasto jest tak ogromne i miesza się tu tyle przyjezdnych z różnych stron świata, również na ulicach obowiązkowe są maseczki. W temperaturze 26 stopni i na słońcu bywa to uciążliwe.

Turcy przywiązują zresztą dużą wagę do bezpieczeństwa sanitarnego. Bez maseczki nie wejdziemy praktycznie nigdzie, często w miejscach publicznych mierzona jest też temperatura (przy wejściach do hoteli zamontowano automatyczne termometry, do których przykładamy nadgarstek), pilnuje się dezynfekcji rąk. Jednocześnie, nie ma formalnych utrudnień, by przylecieć do Turcji – nie są wymagane testy, dla Polaków nie obowiązują kwarantanna, również w naszym kraju obywatele polscy powracających z Turcji nie muszą się jej poddawać. Po kraju można przemieszczać się swobodnie.

W dwie godziny nad Bosfor

Nasz przewodnik, Burak Değirel, informuje, że początek września tego roku to bardzo dogodny moment, by zwiedzić miasto, które jest „puste”. W głównej dzielnicy Stambułu, Taksim, tłok na ulicach przypomina to, co możemy zobaczyć w Warszawie w godzinach szczytu, ale w tutejszej skali oznacza to „pustkę”. Wywołał ją spadek liczby turystów połączony z trwającymi nadal szkolnymi wakacjami. Za trzy tygodnie miasto zaroi się od mieszkańców, którzy zakończą letni wypoczynek. Aby odwiedzić Stambuł i nie grzęznąć w ulicznym tłumie trzeba się wiec pospieszyć. Dobrym pomysłem jest też wrócić tu zimą, gdy w mieście zostaną tylko mieszkańcy, a życie nocne będzie rozkwitało.

Z Warszawy do Stambułu dociera się szybciej niż do Ustki. Od wyjścia z domu o 8 rano do wylądowania mijają 4,5 godziny, z czego nico ponad dwie to sam przelot. Zostaje pół dnia na pierwszy kontakt z miastem, a ten rozpoczynamy rejsem po Bosforze, połączonym z lunchem. To pierwszy efekt „wow”: powiedzieć, że cieśnina będąca źródłem potęgi dawnego Bizancjum jest malownicza, to nic nie powiedzieć. Widok nawet na skromniejszy architektonicznie brzeg azjatycki jest zniewalający. Nic dziwnego, że ceny rezydencji nad brzegiem Bosforu sięgają poziomów niebotycznych. Stać na nie jedynie możnych tego świata – ich wille, zwane po turecku yali, są tak unikatowe, że nie mają nawet numerów, lecz nazwy.

Pomiędzy dwiema twierdzami

Jacht, na którym zjemy też pierwszy w Turcji posiłek, kieruje się na północ, w stronę Morza Czarnego. Dziś jeszcze nie będzie nam dane rzucić okiem na Złoty Róg – najstarszą część Stambułu, mieszczącą w sobie najważniejsze zabytki, w tym olśniewającą Hagię Sofię. Widzimy jednak inne pozostałości świadczące o burzliwej historii tego miejsca. Na obydwu brzegach nad cieśniną górują dwa forty, zbudowane przez pierwszych najeźdźców otomańskich, by skuteczniej oblegać ówczesny Konstantynopol. Boğazkesen, czyli zamek „podrzynający gardło”, strzegącą europejskiej części Bosforu zbudował sułtan Mehmed II. Tę starszą, widoczną w oddali po azjatyckiej stronie – jego dziadek. Mijamy też nowsze ślady panowania dynastii otomańskich – np. dworek do polowania na jelenie z XIX wiek, kiedy to starano się naśladować secesyjną architekturę miast zachodu.

Powiedzieć, że Stambuł łączy Europę z Azją to przywołać banał – ale ten jest akurat bardzo trafnym określeniem. Przy czym nie wszyscy spodziewają się, że do tej Europy będzie tu aż tak blisko. Odwiecznym duchem miasta jest otwartość, tolerancja i umiłowanie życia – niezależnie od tego, w którym kierunku wieją akurat polityczne wiatry. Mieszkańcy nie usiłują narzucać innym swoich przekonań i obyczajów. Żyją tak jak chcą i pozwalają na to przyjezdnym. W Stambule mieszka mnóstwo młodych ludzi, kochających nocne życie. Obowiązuje dowolność stroju (z wyjątkiem wnętrz świątyń oczywiście). Wybór knajp, pubów, nocnych klubów, umiejscowionych w zaułkach i uliczkach zadowoli najbardziej wybrednych imprezowiczów. Życie towarzyskie zaczyna się tu wieczorem i kończy się w godzinach porannych.

Stambuł nocny i hipsterski

Pierwszy wieczór w Stambule to obowiązkowy spacer po centralnej dzielnicy, Taksim. Będącej niegdyś głównym „zagłębiem imprezowym” dla młodych mieszkańców miasta. Stambuł to właściwie kilkadziesiąt miast połączonych w jeden organizm – Taksim jest jego „sercem”, choć jak to zwykle bywa w dużych metropoliach rosnąca popularność turystyczna centrum sprawiła, że imprezowicze i hipsterzy zaczęli „migrować” i szukać innej niszy. Dziś jest nią Beşiktaş – jeśli ktoś chce być „na czasie”, powinien tam szukać rozrywek wieczornych. Popularną dzielnicą jest też biorąca swą nazwę od syna Sulejmana Wielkiego Çihangir. To jeden z najstarszych w Stambule rejon wypełniony galeriami, kafejkami, sklepikami ze sztuką.

Nasz spacer prowadzi jednak głównym deptakiem Taksim, co i rusz z odchodzących od niego uliczek kuszą nas ogródki kawiarniane, ciekawe zaułki. Spacerując można w godzinę dojść do samej wieży Galata – jednego ze sztandarowych zabytków Stambułu, najwyższego elementu fortyfikacji, pochodzącego z czasu kolonii Genueńczyków (XIV wiek). W czasach otomańskich zmieniono ją w siedzibę janczarów, a przez jakiś czas również w więzienie. Jest znana między innymi z tego, jakiego wyczynu dokonał skacząc z niej w XVII wieku Hezârfen Ahmed Çelebi. Na lotni przefrunął on Bosfor, by wylądować 3,5 km dalej na azjatyckim brzegu.

Wieża Galata i most o tej samej nazwie to wrota do Złotego Rogu – półwyspu, tworzącego naturalny port, pierwszego miejsca zasiedlenia i najstarszej tkanki miejskiej Stambułu, czyli starożytnego miasta Byzasa z VII w p.n.e. Legenda założycielska głosi, że młody książę Byzas, syn króla Megary, szukał miejsca, by założyć kolejną kolonię i poszedł poradzić się do wyroczni delfickiej. Ta orzekła, że powinien on zbudować miasto tam, gdzie zobaczy ślepych ludzi. Gdy książę dotarł na brzegi Bosforu, zobaczył dym z chat na brzegu azjatyckim. Pomyślał, że osadnicy z tamtejszej kolonii muszą być ślepi, że nie założyli swoich domów w piękniejszym miejscu – czyli właśnie w Złotym Rogu. Tak powstało Bizancjum (początkowo greckie Byzantion), jeden z wielkich ośrodków miejskich w hellenistycznej Azji Mniejszej.

Ślady z czasów Wiecznego Miasta

Zwiedzanie najlepiej zacząć najstarszych widocznych gołym okiem śladów historii miasta, czyli od pozostałości rzymskich – miasto było od II w p.n.e. sprzymierzone z Rzymem, wkrótce potem weszło w skład imperium, by potem oczywiście stać się Konstantynopolem – stolicą cesarstwa wschodniorzymskiego. Pamiątką po rzymskiej historii jest Hipodrom – plac służący w starożytności do organizacji wyścigów rydwanów. Z części zabytkowych zdobień został on przez wieki obrabowany (między innymi przez weneckiego dożę Enrico Dandolo, który stąd właśnie wywiózł słynną kwadrygę św. Marka).

Pozostał między innymi, jako jedna z iglic hipodromu, egipski obelisk z Karnaku. Gdy przyjrzymy się mu dokładnie widzimy, że jego kształt jest nieco zmodyfikowany – obelisk w czasie transportu podzielono na dwie części, ale dolna zatonęła wraz ze statkiem, który ją przewoził. Dlatego właśnie dobudowano do obelisku zachowaną do dziś marmurową bazę, dekorowaną motywem wyścigów rydwanów. W centrum hipodromu uwagę zwraca również słup z Delf, czyli trzy splecione ze sobą węże. Nie zachował się on niestety w całości, ale, głowę dwóch odlanych z brązu gadów można podziwiać w miejskim muzeum archeologicznym.

Błękitny, największy, najśmielszy

Startując z Hipodromu zagłębiamy się w uliczki Sultanahmet, najstarszej dzielnicy Stambułu. Zostawiamy w oddali Pałac Ibrahima Paszy, wielkiego wezyra Sulejmana Wspaniałego i podążamy w kierunku Błękitnego Meczetu – największej świątyni w mieście. Mamy szczęście, że jest otwarta, wewnątrz trwają bowiem zakrojone na szeroką skalę prace konserwatorskie. Przez większą część wakacji wejście do środka nie było możliwe, lecz i tak trzeba liczyć się z tym, że ustawione przez konserwatorów rusztowania odbiorą zwiedzającym część wrażeń.

Niektórzy mogą dziwić się, że to właśnie Błękitny Meczet, a nie Hagia Sofia, jest w Stambule największą jeśli chodzi o powierzchnię świątynią i będą mieli rację. Zbudowana na początku XVII wieku przez sułtana Ahmeda świątynia była wyzwaniem rzuconym nie tylko samemu miastu, gdzie zwyczajowo nie budowano meczetów większych od Hagi Sofii, ale również światowi islamu. Projekt zatwierdzony przez sułtana zakładał bowiem wzniesienie sześciu minaretów – co było zastrzeżone dla Mekki. Za panowania otomańskich władców to w Stambule był kalifat, jednak Mekka nadal pozostawała miejscem najświętszym dla islamu i cieszyła się niezależnością. Podanie głosi, że aby przebłagać imamów z Mekki, Ahmed I ufundował budowę w tamtejszym meczecie siódmego minaretu.

Zwiedzając świątynię wchodzimy najpierw na dziedziniec z symboliczną fontanną i nadal nie rozumiemy, skąd pochodzi nazwa. To okaże się dopiero w środku – wnętrze zdobione jest bowiem tysiącami kafelków z Izniku, wytwarzanymi ręcznie i pokrytych błękitnymi, roślinno-geometrycznymi dekoracjami. Częściowo są one widoczne mimo trwającej renowacji.

U źródeł boskiej mądrości

Błękitny Meczet znajduje się vis-a-vis Hagi Sofii, obie imponujące świątynie zwracają się ku sobie fasadami, a rozdziela je rozległy skwer. Przejście przez niego po raz pierwszy i ujrzenie wreszcie na własne oczy „świątynię mądrości” wiąże się z nieuniknionym wzruszeniem i ekscytacją. Hagia Sofia to święty Graal każdego, kto kocha sztukę, kulturę i architekturę – jest najwyższym osiągnięciem ludzkości w każdej z tych dziedzin. W jej murach zapisana jest historia naszej cywilizacji. Wzniesiona przez cesarza Justyniana w VI wieku, trzykrotnie gruntownie przebudowywana, była kościołem, meczetem, muzeum, a przez tysiąclecie – największym budynkiem na ziemi.

Jej wnętrze jest nie do opisania – wielu próbowało, lecz nic nie odda wrażenia ogromu, przepychu, któremu ulega każdy, kto tu wstąpi. W murach, mozaikach, marmurowych zdobieniach (materiał sprowadzano z całego terytorium imperium rzymskiego) dosłownie słychać szept historii, tu prawdziwie przemawiają do zwiedzającego wieki. Mieć to szczęście i w jednym ciągu obejrzeć najpiękniejsze na świecie mozaiki bizantyjskie – w Hagi Sofii, Ravennie i Wenecji – to kolejny Graal każdego podróżnika.

Zwieńczeniem świątyni jest słynna, bogato zdobiona, czwarta największa na świecie kopuła z kamienia i pierwsza w historii wzniesiona na pendentywach – półkulista czapa podtrzymywana jest przez kolejne półkola, które tworzą pomiędzy krawędzią obwodu koła przestrzenie zwane właśnie pendentywami. W poszukiwaniu idealnego architektonicznego i geometrycznego rozwiązania matematycy Anthemios z Tralles i Izydor z Miletu stworzyli wybitne rozwiązanie, które wyznaczyło trend w architekturze biznatyjskiej.

Dziś w oczy rzucają się również pamiątki po islamskiej historii świątyni, która stała się meczetem po zdobyciu miasta przez Mehmeda II – koliste panele z płótna rozpiętego na drewnie medaliony z kaligrafowanymi imionami Mahometa i kalifów. A także współczesne świadectwa losów tego miejsca – przekształcona zupełnie niedawno na powrót w meczet Hagia Sofia uległa nieznacznej zmianie. Dodano zielony dywan, który wyścieła prawie całą marmurową posadzkę, a w nawach ustawiono drewniane szafki na buty. Ocenę efektu wizualnego pozostawmy zwiedzającym, jest on również nieco zaburzony przez centralnie ustawione przez konserwatorów rusztowanie okryte bordową płachtą. Prace renowacyjne trwają tu jednak od lat i nie jest jasne, kiedy się zakończą.

Ponieważ teraz Hagia Sofia stała się znów islamską świątynią, za wstęp nie są już pobierane opłaty. Należy jednak pamiętać o odpowiednim stroju – zakrywającym kolana i ramiona, a w przypadku pań – o chuście zakrywającej włosy.

Tulipany i wojownicy

Wychodząc z Hagi Sofii mamy poczucie, że nic wspanialszego nie zobaczymy już nie tylko w Stambule, ale nigdzie na świecie, przed nami jednak jeszcze sporo niezwykłych miejsc. Niedaleko mamy do Pałacu Topkapı, centrum władzy otomańskiej. Obecnie pałac również zamknięty jest dla zwiedzających z powodu renowacji, a jego dość skromne mury nie oddają wrażenia ogromnego znaczenia, które miało to miejsce przed wiekami. Siedziba sułtanów, między innymi słynnego Sulejmana Wspaniałego, miejsce knucia pałacowych intryg i ośrodek władzy, zdecydowanie większe wrażenie robi swą historią niż samym niepozornym wyglądem. Wewnątrz znajdują się cztery dziedzińce, z których każdy pełnił inną funkcję. Pierwszy, zwany dziedzińcem janczarów był otwarty dla ludzi. W Topkapı szkolono tych elitarnych wojowników, z których wywodziła się prywatna straż sułtana. Szkolenie zaczynało się od małego, w tym celu do pałacu sprowadzano z dzieci pochodzących z niemuzułmańskich rodzin innych narodowości. W jego szeregach znalazł się między innymi Mimar Sinan, nadworny architekt trzech sułtanów, autor ponad 400 budowli na terenie imperium otomańskiego, m.in. Meczetu Sulejmana.

Drugi dziedziniec pałacu dostępny był dla oficjeli, którzy przybywali do stolicy w interesach, trzeci i czwarty były przeznaczone dla sułtana i jego rodziny. Gdybyśmy mogli wejść do środka, moglibyśmy podziwiać we wnętrzu np. ogród tulipanów, którymi sułtan Ahmed ozdobił pałac podczas tzw. okresu tulipanowego, czasu pokoju i rozwoju sztuki oraz przeznaczania fortuny właśnie na te kwiaty będące przedmiotem obsesji nie tylko w Holandii. W sali tronowej przechowywane są święte relikwie islamu, m.in. płaszcz, łuk i dwa miecze należące do Mahometa. Był też pałac siedzibą haremu, czyli świętego miejsca dla rodziny, którym rządziła matka sułtana, a wstępu nie mieli tam obcy mężczyźni.

Dziś jednak do całego pałacu nie mają wstępu również turyści, ale może to dzięki temu wyrabiamy się zwiedzając cały Złoty Róg w jeden dzień. I nawet zostaje dość czasu na lunch – a wybór restauracji również w tej dzielnicy jest niemały. Oczywiście, za posiłek w najbardziej turystycznej części Stambułu zapłaci się nieco więcej niż w innych dzielnicach, ale tutejsze specjały wcale nie są gorzej przyrządzone. Duszona na wolnym ogniu jagnięcina w śliwce czy Kebab Aleksandra (Iskender kebab) smakują wybornie.

Podwodne tajemnice Stambułu

Pozostało jeszcze kilka „ikon” miasta, bez zobaczenia których grzechem byłoby opuścić Sultanahmet. Jednym z nich jest rozpropagowany dzięki dziełom popkultury Yerebatan – zbudowany przez Justyniana zapasowy zbiornik wody gromadzonej na wypadek np. oblężenia miasta. W nazywanym „zatopionym pałacem” rozległym, wspieranym 300 kolumnami wnętrzu, gromadzono deszczówkę, której wystarczyć mogło prawie na miesiąc. Zobaczyć można tutaj słynne bazy kolumn ozdobione płaskorzeźbami z głowami meduz albo „płaczącą kolumnę” – zdobioną pawimi piórami, z wyżłobionymi przez ściekającą z niej wodę zagłębieniami. To miejsce popularne wśród zwiedzających – ponoć gdy wetknie się w otwór kolumny kciuk i obróci go o 360 stopni, można liczyć na spełnienie życzenia.

Rzemiosło, które przetrwało

Wizyta w Turcji nie byłaby kompletna, gdyby nie zakupy, a na te turyści udają się na Wielki Bazar. Dziś jest on kolejną atrakcją turystyczną, zbudował go Mehmed II po podboju Stambułu. Budynek jest dwukondygnacyjny – na parterze mieściły się sklepy na piętrze zaś warsztaty. Sułtan chciał zgromadzić wszystkie sklepy w jednym miejscu i faktycznie jest ich mnóstwo – około dwóch tysięcy. Mówi się, że było to pierwsze centrum handlowe na świecie. Ochraniane przez janczarów, przez setki lat było dla mieszkańców Stambułu numerem jeden jeśli chodzi o zakupy.

W połowie XX wieku, gdy w Stambule zaczęła się masowa turystyka, każdy przyjezdny odwiedzał to miejsce. Sklepy zaczęły się więc nastawiać na turystów, a ceny poszły w górę. Mieszkańcy miasta nie robią już zakupów, oprócz jednego rodzaju asortymentu – złota i biżuterii. Dawanie złota w prezencie, np. ślubnym, to tradycja w Turcji, kraju urodzonych przedsiębiorców, którzy przez lata nie ufali instytucjom takim jak banki. W zależności od budżetu złoto kupuje się więc na wagę. Oszczędności rodziny gospodyni tradycyjnie nosiła na rękach w postaci bransoletek. W sklepach złotniczych można zobaczyć ogromny ich wybór. W czasach kryzysu filozofia ta okazuje się być wizjonerska…

W czasie wizyty na bazarze Burak prowadzi nas na han, czyli dziedziniec otoczony domami, na piętrze których zachowały się warsztaty. Jedynymi, które dalej pełnią swoją funkcję dla prawdziwego, są warsztaty srebrników. Wchodzimy po wyjątkowo krętych, wąskich stopniach, odwiedzamy jeden z nich, pijemy tradycyjną, towarzyszącą każdej wizycie herbatkę. Podziwiamy dachy Stambułu, przysłuchujemy się rozmowie, wymieniamy uśmiechy. Jest powiew wyjątkowości – to nie miejsce dla masowych grup – jest za ciasno, za wąsko, zbyt stromo. Wykonana przez właściciela biżuteria ozdabia ściany i nie śpiewa fałszywej, pamiątkarskiej nuty. Srebro wygląda na kolejny towar, na który warto się tu skusić.

Z wizytą u sprawiedliwego sułtana

Po drodze na kolejny targ, tym razem wyspecjalizowany w przyprawach i słodyczach, zbaczamy z drogi by odwiedzić Sulejmana Wspaniałego w miejscu jego pochówku – „türbe” przy meczecie jego imienia. Znajdujemy tu sarkofagi również innych władców z dynastii, ale tylko Wielkiemu władcy imperium przysługuje przydomek „kanuni”, czyli sprawiedliwy. „Kanuni Sulejman Han” – czytamy na tablicy nagrobnej („Sprawiedliwy Sulejman Władca”).

Prawdziwe źródło bogactwa

Do samego meczetu wejść nie zdążymy (akurat rozpoczyna się nabożeństwo, żałujemy, bo jest przepięknie dekorowany), więc ruszamy na kolejne zakupy, na Bazar Egipski. Położony przy porcie, od czasów osmańskich służył kupcom zamorskim do handlu przyprawami przywożonymi tutaj ze wszystkich zakątków znanego świata (w tym z Egiptu, stąd nazwa). Tutaj można bezpiecznie zrobić zakupy, bez narażania się na drożyznę – robią je również mieszkańcy miasta. Oczywiście, każdy właściciel sklepu zachwala swoje towary i zachęca, by je próbować, ale przyjęcie takiego zaproszenia to czysta przyjemność. Poczęstunek herbatką w klimatyzowanym wnętrzu, możliwość degustacji dowolnych przypraw i słodkości, profesjonalna i miła obsługa – zaopatrzeni we wschodnie specjały możemy udać się na zasłużony odpoczynek.

Przy rybie, rakı i muzyce

Żal będzie rozstać się ze Stambułem, tym bardziej, że żegna nas niezapomnianą kolacją – w położonym na ostatnim piętrze wieżowca w dzielnicy Taksim, z tarasem i widokiem na Bosfor w zachodzącym słońcu. To lokal typu „ryba i rakı”, spożywane przy dźwiękach tureckiej muzyki, jednocześnie melancholijnej i radosnej. Obłędny widok, przepyszna kuchnia, posiłki przyrządzane ze świeżych ryb i owoców morza. Do wyboru są też doskonałe lokalne wina – licząca sobie ponad trzy tysiące lat tradycja winiarska, nieco stłamszona w czasach Imperium Otomańskiego, z powodzeniem odradza się we współczesnej Turcji.

Ostatnim toastem żegnamy Stambuł, ostateczną formę, jaką mogło przybrać w naszym świecie miasto. Które – wydaje się – w przeciwieństwie do nas zostanie tu na zawsze.

Hagia Sofia jako meczet. Sprawdziliśmy, co się zmieniło [ZDJĘCIA]

Marzena Markowska

Zastępczyni redaktora naczelnego portalu WaszaTurystyka.pl


POWIĄZANE WPISY

Privacy Preference Center