Trzy dni, 265 mikrowypraw i zupełnie inny Śląsk. Kierunek GZM udowadnia, że przygoda zaczyna się kilka przystanków od domu

fot. Paweł Jakubowski

Żeby przeżyć przygodę, wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata. Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia od kilku lat przekonuje o tym uczestników festiwalu Kierunek GZM, którego ideą jest odkrywanie miejsc znajdujących się tuż za rogiem. W V edycji wydarzenia przygotowano 265 mikrowypraw – od miejskich gier terenowych po zwiedzanie obiektów na co dzień zamkniętych dla turystów. Wzięliśmy w nich udział, aby sprawdzić, czy ten format ma szansę stać się jednym z najciekawszych produktów turystycznych w Polsce.

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (GZM) to pierwszy i jedyny ustawowy związek metropolitalny w Polsce, powołany do życia w 2017 roku. Skupia 41 gmin województwa śląskiego o skrajnie różnorodnym charakterze – od potężnych ośrodków przemysłowych po rozległe tereny zielone i leśne. GZM to ponad 2,1 mln mieszkańców na obszarze prawie 2,5 tys. kilometrów kwadratowych. To jedyny w swoim rodzaju archipelag miast, żyjących wspólnym rytmem komunikacyjnym i gospodarczym. Nie wszyscy wiedzą, że lasy i parki zajmują aż kilkadziesiąt procent powierzchni GZM. Region otaczają m.in. Lasy Murckowskie, Puszcza Pszczyńska i Park Śląski. Pomiędzy nimi znajdują się wodne oazy – setki zbiorników poeksploatacyjnych, rzek i kanałów idealnych do rekreacji.

Żeby przeżyć przygodę, nie trzeba jechać na drugi koniec świata. Prawdziwa rewolucja podróżnicza dzieje się tuż za progiem – wystarczy wsiąść w miejski autobus. Mikrowyprawy to po prostu sztuka uważnego patrzenia na to, co mijamy na co dzień. W metropolii oznacza to ucieczkę od głośnych miast do miejsc ukrytych tuż obok; dzikich stawów na dawnych terenach kopalń, lasów rosnących na hałdach czy zielonych brzegów tutejszych rzek. Zwykły bilet na tramwaj staje się przepustką do niezwykłego świata. Okazuje się, że największe odkrycia sezonu można zrobić kilkanaście kilometrów od własnego domu. Jest blisko, tanio i ekologicznie – to zupełnie nowy sposób na relaks i odpoczynek.  W tym roku Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia świętuje swoje 9. urodziny, które zbiegają się z jubileuszową, 5. edycją festiwalu Kierunek GZM – największego w Polsce święta mikrowypraw.  Święto Metropolii przestało być oficjalną akademią, a stało się trzydniową, masową ekspedycją. W tym roku to aż 265 unikalnych wycieczek organizowanych jednocześnie w całym regionie – od podziemnych schronów po kajaki o zachodzie słońca.

Nasz trzydniowy press tour zaczynamy z wysokiego pułapu – pierwszym punktem programu jest Radiostacja Gliwice – najwyższa drewniana konstrukcja wieżowa na świecie, mierząca 111 metrów. Wybudowana w całości z modrzewiowego drewna i połączona mosiężnymi śrubami, bez użycia ani jednego żelaznego gwoździa, robi piorunujące wrażenie. Miejsce to magnetyzuje jednak nie tylko architekturą, ale i swoją mroczną przeszłością – to tutaj w sierpniu 1939 roku miała miejsce niemiecka prowokacja, która posłużyła za pretekst do wybuchu II wojny światowej. Spacer z przewodnikiem pozwala nam obejrzeć oryginalnie zachowane budynki techniczne, gdzie wciąż stoją gigantyczne, zabytkowe nadajniki radiowe Lorenz. Surowy, industrialny klimat tego miejsca wprowadza nas w ideę mikrowypraw – dotykamy globalnej historii zaledwie kilkanaście kilometrów od centrów śląskich miast. Na pożegnanie z tym niezwykłym zabytkiem techniki, cała nasza grupa prasowa pozuje do  pamiątkowego zdjęcia na tle potężnej, drewnianej wieży, ostro rysującej się na tle czerwcowego nieba.

Wieczór z duchami i śląskimi legendami

fot. Paweł Jakubowski

Zaczynamy u progu nocy. Przekraczając próg ruin Teatru Victoria, natychmiast czujemy, jak temperatura spada o kilka stopni. To unikalne miejsce na mapie Górnego Śląska – dawny, luksusowy XIX-wieczny kompleks kulturalny, podpalony przez Armię Czerwoną w 1945 roku, do dziś straszy surową, gołą cegłą. W ramach press touru bierzemy udział w performatywnym spacerze „Upiory w Ruinach”. Nasz przewodnik prowadzi grupę przez spartańską przestrzeń starego teatru, gdzie z mroku nagle wyłaniają się aktorzy. Wcielają się w dawnych właścicieli, artystów i zapomniane postacie związane z miastem. Gra świateł, pogłos kroków na nierównym podłożu i teatralne sceny odgrywane wprost na zgliszczach dawnej potęgi sprawiają, że historia Gliwic przestaje być suchym faktem z podręcznika, a staje się namacalnym, niemal hipnotyzującym doświadczeniem.

Prosto z gliwickich ruin ruszamy głębiej w noc, by sprawdzić, jak wygląda „Śląski horror albo gotyk po rudzku”. Jeśli ktoś myślał, że Ruda Śląska to tylko familoki i poprzemysłowy krajobraz, ten spacer błyskawicznie wyprowadza go z błędu. Tym razem przewodnik zabiera nas na wędrówkę z pogranicza jawy i snu, gdzie historia dzielnicy Ruda miesza się ze śląską demonologią i ludowymi wierzeniami. W blasku pochodni i lampionów, na terenie ruin dawnego zamku rudzkiego, słuchamy mrocznych opowieści o Karolu Goduli – śląskim królu cynku, wokół którego narosły dziesiątki mrożących krew w żyłach legend. Towarzyszące nam fantastyczne postaci, efekty dźwiękowe i gęsta atmosfera udowadniają, że lokalne dziedzictwo ma też swoje drugie, fascynująco upiorne oblicze. Pierwszy dzień festiwalu zamykamy z poczuciem, że pod dumnym, industrialnym szyldem metropolii kryją się opowieści, których nie powstydziliby się najlepsi twórcy literatury grozy i horroru.

Odkrywanie nieznanego Śląska

fot. Paweł Jakubowski

Po mrocznych, wieczornych klimatach pierwszego dnia, sobotni poranek przynosi zupełnie inną energię. Dzisiaj porzucamy rolę biernych obserwatorów. Wskakujemy w buty odkrywców i bierzemy udział w wielkiej grze terenowej pod hasłem „Szyfr Gierałtowic”. Nasza baza to otoczenie tutejszego, XIX-wiecznego pałacu, który potocznie bywa nazywany zamkiem. Pogoda dopisuje, a park wokół rezydencji tętni życiem. Zasady są proste: dostajemy mapę, zestaw wskazówek i ruszamy w teren. Zadanie polega na rozszyfrowaniu historycznych zagadek, ale szybko okazuje się, że na trasie nie jesteśmy sami. W parkowych alejkach i zakamarkach czają się śląskie stwory, utopce i legendarne postacie. Żeby zdobyć kolejne wskazówki, musimy z nimi negocjować, rozwiązywać łamigłówki, a czasem wykazać się sprytem. Gierałtowicki zamek, dawna siedziba rodu von Raczek, tworzy do tej zabawy idealną scenerię. Gra w genialny sposób łączy fakty historyczne z lokalnymi mitami i czystą rozrywką. Biegając między starymi drzewami w poszukiwaniu kolejnych punktów kontrolnych, widzimy wokół dziesiątki zaangażowanych rodzin i grup znajomych. To właśnie tutaj najlepiej widać magię festiwalu: historia miejsca, obok którego mieszkańcy na co dzień przechodzą obojętnie, nagle ożywa i staje się planszą do fascynującej przygody.

Z Gierałtowic ruszamy dalej, a afrykańskie powietrze dosłownie paraliżuje region. Termometry na Śląsku pokazują niemal 40 stopni Celsjusza. Ucieczką od słońca staje się dla nas Śląski Watykan w Katowicach. To potężna, monumentalna Katedra Chrystusa Króla wraz z zespołem kurialnym, która oficjalnie nosi tytuł Pomnika Historii. Schodzimy do chłodnej Krypty Grobowej Biskupów, by po chwili wjechać na sam dach świątyni. Widok na rozgrzaną, falującą w upale metropolię zapiera dech w piersiach. Wyciszenie znajdujemy w zacienionych, niedostępnych na co dzień Ogrodach Biskupich.

Gdy słońce zaczyna lekko opadać, meldujemy się w Bytomiu. Tutaj upał staje się tłem dla odkrywczej przygody „Bytom ceramiczny – tropem tajemnicy”. Pod okiem naszej przewodniczki szukamy ratunku w cieniu pięknych kamienic. Zamieniamy się w badaczy i tropimy niezwykłe, ponad stuletnie secesyjne oraz modernistyczne kafelki oraz zdobienia ukryte w klatkach schodowych. Okazuje się, że Bytom to absolutna skarbnica ceramiki architektonicznej. Każda chłodna sień kamienicy to osobna historia o dawnym luksusie i kunszcie rzemieślników.

fot. Paweł Jakubowski

Lekką ulgę przynosi dopiero zmierzch – przed nami fabularyzowany spacer „Jak to było naprawdę”. Rynek w Tarnowskich Górach rozświetla się blaskiem pochodni. W ten mroczny, klimatyczny spektakl wprowadzają nas historyczni gwarkowie – dawni śląscy górnicy. Idąc krętymi uliczkami, dosłownie dotykamy tarnogórskich tajemnic. Opowieści przewodników przeplatają się z mini scenkami teatralnymi. Pod zabytkowymi podcieniami spotykamy legendarnego chłopa Rybkę, założycieli miasta, a nawet królową Marysieńkę. Spacer kończymy przy Dzwonnicy Gwarków i Placu Synagogi, gdzie wspólnie śpiewamy tradycyjną pieśń przy dźwiękach trąbki. Mimo potężnego zmęczenia i całodniowego żaru z nieba, opuszczamy Tarnowskie Góry z poczuciem, że metropolia potrafi pisać scenariusze, których nie powstydziłby się rasowy film przygodowy.

Kiedy wydawało się, że po spotkaniu z upiorami w Gliwicach i duchami na rudzkim zamku nic nas już tej nocy nie zaskoczy, festiwal zaserwował nam prawdziwą bombę kaloryczną z nostalgii. Oficjalnym i absolutnie bezkonkurencyjnym ukoronowaniem drugiego dnia stało się Retro Disco w klimacie PRL. Przeniesienie w czasie było natychmiastowe i bezwzględne. Na parkiecie rządzili panowie z sumiastymi wąsami i w ortalionowych dresach szeleszczących przy każdym kroku, a ramię w ramię z nimi bawiły się panie w natapirowanych fryzurach i neonowych getrach. Z głośników popłynęły nieśmiertelne hity, które kiedyś zdobywało się na przegrywanych kasetach magnetofonowych. Parkiet dosłownie płonął w rytm muzyki Modern Talking, Krzysztofa Krawczyka i kultowych kawałków z dyskotek przełomu lat 70. i 80. Żeby tradycji stało się zadość, zmęczeni tańcem dziennikarze i uczestnicy mogli liczyć na kultowe menu rodem z epoki. Królowała słodka, bąbelkowa oranżada w szklanych butelkach, a zagryźć ją można było klasycznym, tradycyjnym chlebem ze smalcem i ogórkiem kiszonym. W tym całym retro-szaleństwie nie było jednak żadnego zadęcia – czysta, nieskrępowana radość, głośny śmiech i taniec do utraty tchu. Zamiast seryjnej imprezy z klubu muzycznego, dostaliśmy klasyczną swojską prywatkę. Ruda Śląska udowodniła, że potrafi nie tylko straszyć gotykiem, ale też rozkręcić najlepszy retro-bal w tej części Europy.

Miasto pełne historii

Ostatni dzień festiwalowego maratonu zaczynamy z lekkim przymrużeniem oka. Hasło poranka brzmi dumnie i znajomo: „Obywatelu! Poznaj swoje miasto – Katowice śladami PRL-u”. Na starcie pod Pałacem Młodzieży witają nas przewodniczki stylizowane na urzędniczkę oraz barmankę i bufetową z minionej epoki. Zamiast nudnego wykładu dostajemy pełen humoru spacer fabularny. Mijamy miejsca, które pamiętają czasy, gdy Katowice na kilka lat zamieniły się w Stalinogród. Słuchamy opowieści o dawnych kultowych neonach, Pewexach i lokalach rozrywkowych, w których bawiła się śląska elita. Przewodniczki z genialnym wyczuciem sypią anegdotami i opowieściami, przypominając chociażby postać Zdzisława Marchwickiego nazywanego „Wampirem z Zagłębia”. Ta podróż w czasie idealnie pokazuje, jak bardzo miasto zmieniło swoje oblicze – z szarego, zurbanizowanego ośrodka w nowoczesną, pełną życia stolicę metropolii.

Z miejskiego chodnika przenosimy się prosto do wnętrz monumentalnej perły międzywojennego modernizmu. Przed nami Śląski Urząd Wojewódzki – potężny, przedwojenny Gmach Sejmu Śląskiego, który do dziś oszałamia swoją architektoniczną skalą i statusem Pomnika Historii. To nie było zwykłe, urzędowe przejście korytarzami. Prawdziwym hitem okazał się fakt, że rolę gospodarza i przewodnika osobiście przejął Wojewoda Śląski Marek Wójcik. Zamiast oficjalnego tonu dostaliśmy pełną pasji, anegdotyczną opowieść człowieka, który ten historyczny kolos zna od podszewki. Wojewoda otworzył przed naszą grupą drzwi, które na co dzień pozostają rygorystycznie zamknięte dla postronnych.

Jednym z punktów programu programu był gabinet wojewody – pomieszczenie z niezwykłą historią, w którym zapadały kluczowe decyzje dla losów całego regionu. Co ciekawe, Marek Wójcik pokazał nam również przylegające do niego, ukryte i owiane tajemnicą prezydenckie mieszkanie. To właśnie w tych prywatnych, luksusowych apartamentach w ubiegłym wieku nocowały najważniejsze osoby w państwie podczas swoich wizyt na Śląsku. Następnie zeszliśmy do majestatycznej Sali Sejmu Śląskiego, by po chwili zanurkować głęboko w podziemia budynku. Największe emocje wzbudził potężny schron przeciwlotniczy oraz legendarny skarbiec, w którym w latach 30. XX wieku przechowywano rezerwy złota. Opowieści wojewody o zakamarkach gmachu, ucieczkach windą paciorkową i logistyce zarządzania takim obiektem sprawiły, że poczuliśmy magię historii, która dosłownie wsiąkła w te ściany. Trzydniowy press tour zamknęliśmy z poczuciem, że festiwal mikrowypraw potrafi otworzyć nawet najbardziej niedostępne salony władzy.

Mikrowyprawy mogą stać się wizytówką regionu

Trzydniowy maraton prasowy był niesamowicie intensywny. Przeskok z mrocznych, gotyckich klimatów przez upalne dachy, aż po chłodne schrony i urzędowe salony wymagał zegarmistrzowskiej precyzji. Za tę logistyczną układankę odpowiadało biuro podróży „Prezydent Travel” Krzysztofa Mrowca, które sprawnie i bezbłędnie zrealizowało napięty do granic możliwości program press touru. Dzięki temu każdy punkt tej dynamicznej podróży zagrał perfekcyjnie, udowadniając, że nawet najbardziej wymagającą imprezę można zorganizować na profesjonalnym poziomie. Te trzy dni udowodniły jedno: mikrowyprawy to znakomita idea. Problem w tym, że ten turystyczny samorodek wciąż pozostaje strzeżoną tajemnicą, znaną właściwie wyłącznie mieszkańcom Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Czas to zmienić. Kolejnym naturalnym krokiem dla GZM musi być wyjście z regionalnego podwórka i odważna promocja – najpierw w całej Polsce, a zaraz potem za granicą. Potencjał jest gigantyczny. Pokazanie światu, że Śląsk i Zagłębie to nie tylko industrialna przeszłość, ale przede wszystkim fascynujące, pełne zieleni i tajemnic terytorium przygody, mogłoby stać się potężnym impulsem dla lokalnej gospodarki turystycznej. Zagraniczni turyści, zmęczeni powtarzalnymi zadeptanymieuropejskimi kurortami, znaleźliby tutaj coś, czego szukają najbardziej: autentyczność, adrenalinę i absolutną unikalność. Mikrowyprawy to gotowy produkt turystyczny, który ma wszystko, by stać się hitem eksportowym regionu. Czas przestać traktować go jako lokalną ciekawostkę. Jeśli metropolia mądrze zainwestuje w ogólnokrajową i międzynarodową promocję tego formatu, zamieni poprzemysłowe dziedzictwo w realne i stałe źródło dochodu dla lokalnego biznesu.