Przez koronawirusa z dnia na dzień muszą zwrócić 4 mln zł. „Te pieniądze są u kontrahentów”

Michał Starkowski
Michał Starkowski, właściciel Snow Show/fot. archiwum Snow Show

Firmy żyjące z sezonu narciarskiego, również cierpią z powodu epidemii koronawirusa. W Snow Show kryzys z całym impetem uderzył w szczycie sezonu. “Jedynym wyjściem, jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem są dla nas vouchery” – mówi właściciel firmy, Michał Starkowski, w rozmowie z Marzeną Markowską.

Marzena Markowska: Prowadzicie biznes głównie w sezonie zimowym, więc macie inną sytuację niż spora część branży, która dopiero miała zacząć zarabiać…

Michał Starkowski: Tak, koronawirus pokrzyżował nam plany w samym środku sezonu, w naszym przypadku akurat kilka dni przed największymi w naszej ofercie imprezami. W tym roku mieliśmy rekordową liczbę rezerwacji, jednak połowa z nich nie została zrealizowana przez ogłoszenie stanu epidemii. Z jednej strony mamy trudniej, bo w żadnej sposób nie mogliśmy się na to przygotować, z drugiej jednak mamy pół roku, kiedy nie potrzebujemy dużych środków finansowych na przetrwanie. To jest obecnie nasza siła.

MM: Problem Was dotyczy?

MS: Jak najbardziej i, co gorsza, jako pierwsi musimy się z nim zmierzyć. Szczyt naszego sezonu przypada na marzec. Ten miesiąc odpowiada za mniej więcej połowę naszych rocznych obrotów. A wiadomo, co się w marcu działo – musieliśmy przenieść wyjazdy dla około dwóch tysięcy klientów. Część z nich sama zrezygnowała, część jednak powołuje się na artykuł 47 ustawy o imprezach turystycznych i oczekują zwrotu pełnej wartości wyjazdu. Nasze prawo niestety nie jest przygotowane na takie okoliczności, jakie nas spotkały.

Od kilku tygodni branża prowadzi rozmowy z rządem nad nowymi rozwiązaniami systemowymi, ale nie wiemy dokładnie kiedy zostaną one wprowadzone. Czas ucieka, a my cały czas nie możemy wrócić do klientów z pełnym pakietem informacji, co spotyka się z nich negatywnymi reakcjami.

MM: Co Pan sądzi o tej sytuacji? Jak zareagowali Wasi kontrahenci?

MS: Trudno nam uwierzyć, że roczny wysiłek całego naszego zespołu ma pójść na marne. Nad wyjazdami, które nie doszły do skutku, pracowaliśmy ciężko przez długi czas. Angażowaliśmy się w sprzedaż, promocję, organizację. Gdy byliśmy w momencie finalizowania projektu i otrzymania wynagrodzenia, przydarzyła się sytuacja niespodziewana. Nikt tego nie przewidział, nikt nie miał na to wpływu. Niestety, nie tylko nasza praca poszła na marne, ale mamy zobowiązania wobec klientów w związku z niezrealizowanymi wyjazdami.

Kontrahenci początkowo w ogóle nie chcieli słyszeć o odwoływaniu imprez i zwrocie pieniędzy, dopiero gdy zamknięto granice Polski i Francji, zmienił się ton rozmów. Otrzymaliśmy propozycję zrealizowania rezerwacji w kolejnym sezonie i choć nadal negocjujemy, szanse na odzyskanie choć części wpłat są niepewne. Z dnia na dzień także oni stracili kolejne wpływy i nie wiedzą, kiedy będą mogli ponownie wrócić do normalnego funkcjonowania. Rozumiemy to, ale w tym samym czasie otrzymujemy wiadomości od rozgoryczonych, rozżalonych klientów, którzy powołują się na akty prawne i żądają zwrotu tu i teraz.

Mówimy o kwocie rzędu 4 mln zł. Ponieważ wszystkie przedpłaty i zaliczki na wyjazdy narciarskie „utknęły” w Alpach, nie mamy jak dokonać tych zwrotów.

MM: Voucher rozwiązałby sprawę?

MS: Biorąc pod uwagę okoliczności, realia i konsekwencje gospodarcze, przełożenie tych wyjazdów na kolejny sezon uważam za rozsądne i sprawiedliwe rozwiązanie, na którym skorzystałyby wszystkie strony. Rozumiem oczywiście rozgoryczenie klientów i ich chęć odzyskania pieniędzy. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia z sytuacją o globalnym zasięgu, której nikt nie mógł przewidzieć i która nie jest winą touroperatorów. Artykuł 47, na który się wszyscy powołują, był pisany z myślą o innych zdarzeniach, lokalnych konfliktach i zagrożeniach na konkretnym terenie. A nie z myślą o tym, że odwołane będzie wszystko i wszędzie. Rozwiązanie z voucherami zostało już wprowadzone w innych krajach. m.in. w Niemczech.

MM: Sytuacja organizatorów wyjazdów zimowych jest lepsza czy gorsza niż tych, którzy zarabiają latem?

MS: Biura operujące latem nie czują jeszcze aż takiej presji klientów, którzy mają wyjechać dopiero za kilka miesięcy. Mogą się też na to lepiej przygotować, inaczej zarządzać środkami, by zminimalizować straty. W naszym wypadku sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę, musieliśmy podejmować natychmiastowe decyzje i przenieść wyjazd, gdy do rozpoczęcia pozostało kilka dni. W mediach krążyło wiele mniej lub bardziej prawdziwych informacji, dlatego jednocześnie musieliśmy mierzyć się z presją ze strony uczestników, jaka decyzja według nich będzie najlepsza. Niektórzy z nich są zdania, że chcieliśmy ich oszukać, wysłać w środek niebezpieczeństwa. Inni nie rozumieli paniki i obawy przed wyjazdem. Prawda jest taka, że musieliśmy czekać na decyzje władz.

Z drugiej strony, firmy narciarskie i tak mają pół roku przestoju, więc mimo równie trudnego położenia, nam jest trochę łatwiej. Wprowadzenie rozliczenia w formie voucherów daje nam gwarancję przetrwania, a klientom pewność odzyskania wpłaconych kwot. To także najlepsze rozwiązanie dla gospodarki.

Ci, którzy żyją z sezonu letniego, mają pod tym względem dużo gorzej. Nawet jeśli wyjazdy będą mogły zostać wznowione za kilka miesięcy, to zrealizowanie tych zaległych będzie musiało zostać rozłożone w czasie. Sądzę, że część graczy już się poddała. Da się to wyczuć w rozmowach, w tym jak branża przestała walczyć. Część przedsiębiorców już liczy się z tym, że to koniec. My nie składamy broni.

MM: Co musiałoby się stać, żeby nie doszło do masowych bankructw?

MS: Potrzebna jest oczywiście konkretna pomoc oraz debata publiczna na ten temat. Tak samo ważne jak rozmowy z rządem, jest zwiększanie świadomości społecznej na temat tej sytuacji. Bez odgórnych rozwiązań, voucherów, odroczenia płatności, większość firm zaraz przestanie istnieć. Nawet gdyby w czerwcu ruszyła sprzedaż, a to jest bardzo optymistyczny wariant, to straty mogą być nie do odrobienia dla letnich touroperatorów.

MM: A co jeśli epidemia potrwa dłużej?

MS: Gdyby sytuacja się przedłużała – ciężko to sobie wyobrazić. Koszty funkcjonowania dużych firm są tak duże, że straty będą odrabiane latami. Nie wiem, czy ktoś z największych graczy zdecyduje, by zaryzykować zadłużanie się.

To nie jest taka prosta kalkulacja, że „odpuszczamy sobie” turystykę, czyli tracimy „zaledwie” 6 czy 10 proc. PKB. To będzie łańcuch zdarzeń, początek domina. Upadek turystyki pociągnie za sobą kolejne firmy i cały proces prowadzący do zapaści będzie nie do zatrzymania.

Trzeba zrobić wszystko, żeby utrzymać w pionie firmy, inaczej gospodarka się posypie. Przedsiębiorcy turystyczni korzystają z usług firm przewozowych, artystów, fotografów, firm marketingowych, księgowych, wynajmują biura, współpracują z dużą liczbą biznesów. Jeśli one stracą dochody z obsługi całego sektora turystycznego, część będzie musiała zakończyć działalność. Lokale będą puste, ludzie przestaną zarabiać na wynajmie, a kredyty trzeba będzie płacić. Te straty połączone ze wzrostem bezrobocia spowodują konsekwencje o wiele droższe niż koszt udzielenia pomocy tu i teraz.

MM: Przygotowujecie się na taki scenariusz, że walka z koronawirusem może potrwać nawet rok?

MS: Liczymy, że ograniczenia w działaniu, które zostały przez niego wprowadzone, nie będą tak długie. Przewidujemy, że najpóźniej jesienią się to zakończy. Choć odrabianie strat potrwa zdecydowanie dłużej, to nadal uważamy, że warto. Od 12 lat budujemy markę, ciężko pracowaliśmy na pozycję na tym rynku. Wiemy, jak zapewnić naszym uczestnikom najlepszy tydzień, jaki spędzą przez cały rok.

Marzena Markowska

Zastępczyni redaktora naczelnego portalu WaszaTurystyka.pl


POWIĄZANE WPISY