Między przepisem a rzeczywistością. Uczciwość w turystyce pod presją systemu

„Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.” – śp. Władysław Bartoszewski. Czy opłaca się być uczciwym przedsiębiorcą turystycznym? I dlaczego coraz częściej odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. W turystyce uczciwość przestała być standardem. Stała się kosztem.
W tym artykule chcę poruszyć kilka kwestii. Po pierwsze – jak to jest prowadzić działalność organizatora turystyki: od gwarancji / zabezpieczenia, przez wpis, papierologię, rejestry umów i kontrole, po odpowiedzialność za wszystko i wszędzie, i zawsze. No i składki – nie można zapominać o składkach na kolejne fundusze, które mają pomagać i podróżnym, i organizatorom, a tak naprawdę… i tu przejść dalej do kilku wątków.
Po pierwsze: obciążenia regulacyjne a szara strefa, nieuczciwa konkurencja, niewydolność systemu w zakresie kontroli wszystkich tych działających poza systemem, bez spełnienia jakichkolwiek wymogów. Urzędy marszałkowskie zasypane zgłoszeniami, których liczba powoduje, że kontrole planowane są z rocznym wyprzedzeniem. Setki zgłoszeń, których nie ma komu obrobić, bo nie ma pieniędzy na nowe etaty.
Po drugie: karne postępowania kończące się umorzeniami, bo to przecież nie jest problem, że ktoś działa poza systemem, że nie ma gwarancji, że nie odpowiada za nic. Niska szkodliwość czynu, brak znamion – bo przecież podróżni się nie skarżyli. Ale zaparkujmy w miejscu niedozwolonym, przebiegnijmy na czerwonym przez pustą ulicę w środku nocy w centrum miasta, rzućmy papierek i nie trafmy do kosza… wtedy to już mandat, bo jest to wysoko szkodliwe społecznie. Nie to, co nielegalna działalność spenalizowana w przepisach, ale nieegzekwowalna w praktyce organów ścigania.
Stowarzyszenia, w tym te nierejestrowe, kluby sportowe, szkoły jogi i inne twory organizujące wysokozyskowne imprezy turystyczne dostępne dla wszystkich i zawsze, bo Facebook każdą płatną reklamę przyjmie i nie pyta… ważne, że są przychody. Jak sam Mark Zuckerberg podkreśla – 10% przychodów pochodzi z reklam promujących oszustwa. A ile z tych, w których promuje się szara strefa?
Jak to powiedział minister, ten wice od turystyki… co ciągle goni tego króliczka – ministerstwo zna problem, ale nic z tym nie robi. Turystyka szkolna tylko w 30% realizowana jest przez przedsiębiorców z jarzmem przepisów i regulacji. A reszta? Wyłączenia lub brak reakcji organów, które powinny to kontrolować.
400 zawiadomień, które wyszły spod mojego pióra w ubiegłym roku, to kropla w morzu. Weryfikacja umorzeń przez Prokuraturę Krajową ujawniła nieprawidłowości w ponad 50% spraw, a przeanalizowano ich tylko 40 (21 do podjęcia od nowa). Czy ktoś kiedyś wyciągnie wnioski?
Resort edukacji też zna sprawę, ale oni nie gonią króliczka – oni nie widzą problemu. Nikt nie widzi… aż coś się nie stanie. Wtedy jest larum, szukanie winnych (których nigdy nie ma), wyciąganie wniosków na przyszłość i szumne oświadczenia w mediach, które umrą tak szybko, jak szybko temat zniknie z pierwszych stron gazet i nagłówków.
Znamy to. To już nie raz grali.
Mieliśmy Wojtka z Zanzibaru, mieliśmy pielgrzymki u brata Józefa, które – zgodnie z wypowiedziami organizatora – organizował nie on, a… sama Matka Boska. Nie wiemy, kim jest „Bosek” i czy policja ciągle szuka jego rodzicielki, ale wiemy, że lekcja nie została odrobiona.
Podróżni dalej wybierają to, co wpadnie, nie myśląc o konsekwencjach, a przepisy w niezmienionej formie nie realizują celu naszego unijnego „el komendante”, który chciał, żeby kary były skuteczne, proporcjonalne i odstraszające. A jakie są? Martwe.
Zakaz działalności to pusty zapis decyzji w systemie, do którego i tak nikt nie zagląda. Odwołania rozpatrywane latami przez ministerstwo. Nic nie działa, każdy ma czas, a uczciwi płaczą, płacą i zastanawiają się, ile jeszcze dadzą radę wziąć na swoje barki. A może to już ten czas, kiedy należy przejść na ciemną stronę mocy?
O tym głośno się nie mówi, ale czy temat nie istnieje? Jak myślisz, drogi czytelniku? Liczyłeś już kiedyś, co się bardziej opłaca, i zastanawiałeś się, czy warto?
Nieuczciwi nie konkurują z uczciwymi. Oni funkcjonują obok systemu, który uczciwych przygniata.
TFP – fundusz dla wszystkich, pomoc dla niektórych, zdani na łaskę ministrów i podróżnych
Zrodzony w bólach covidowych cierpień, miał stanowić ratunek, kiedy 14-dniowy termin zwrotu za odwołane przez nadzwyczajne i nieuniknione okoliczności imprezy nie może zostać zrealizowany. Organizator miał sięgać po to wsparcie, kiedy nie ma – bo co dostał, to wydał, a zwrotu nie ma nawet na horyzoncie.
Mechanizm, który wymaga dwóch magicznych podpisów, żeby otworzyć drzwi do… pożyczki. Oprocentowanej pożyczki ze środków, które sama branża odłożyła sobie na czarną godzinę. Minister właściwy do spraw turystyki i ten właściwy do spraw finansów mają wspólnie uznać, że to jest ten czas.
I myślicie, że to wszystko, czego potrzeba, żeby odkręcić kran złotówek na zwroty dla klientów? Nie.
Na to musi być zgoda klienta, który ma zrezygnować z prawa do otrzymania zwrotu w 14 dni i zgodzić się – w celu wsparcia branży – na zwrot w bliżej nieokreślonym terminie, który może potrwać nawet do czterech miesięcy, jeśli wniosek, który musi sam wypełnić, nie spotka się z tożsamym, który składa organizator.
Biurokracja musi być – bez niej nie mógłby istnieć świat.
A w tym wszystkim jest jeszcze jeden, często zapominany trybik, bez którego ta machina turystyczna nie mogłaby istnieć.
Agent turystyczny
Najpierw sprzedał imprezę, później przekazał nowinę o jej odwołaniu, a następnie oddał otrzymaną prowizję i teraz siedzi z klientem, pomagając mu wypełnić wniosek o zwrot z TFP – pro bono, licząc, że wdzięczny klient wróci i kupi u niego kolejną imprezę.
A jeśli klient kupi bezpośrednio dokładnie tę samą, zaproponowaną przez agenta?
A jeśli kupi to, co mu poleciliśmy, w biurze obok, gdzie dostanie zniżkę lub gratisa?
No cóż… prowizji brak.
Wtedy na grupie turystycznej pojawi się kilka postów o tym, czy warto brać od klientów opłatę za doradztwo. Większość agentów się zgodzi z pomysłem, ktoś zapyta, od kiedy wprowadzamy opłatę, kilka osób się pokłóci, czy to dobry pomysł… kryzys minie, zacznie się młyn kolejnego sezonu i wszyscy zapomną.
Do czasu. Temat wraca jak bumerang.
Wracając do naszego funduszu, na który każdy z nas sumiennie odprowadza składki pobrane od klientów – bo jest przymus, a zwłoka może kosztować wykreślenie z rejestru.
W kryzysie jednak nie każdy może liczyć na pomoc.
Klient zapłacił gotówką? Tak, bo przecież może. Nie możemy odmówić płatności gotówką – to legalny środek płatniczy w Polsce. Banknoty NBP, monety bite przez mennicę państwową skutecznie zamykają prawo do skorzystania z pomocy funduszu, na który składaliśmy się jak każdy.
Dlaczego? Bo tak postanowiono. W zaciszu gabinetów, gdzie wiedzą lepiej, jak działa turystyka i jak ułożyć system, żebyśmy wszyscy byli bezpieczni zapadła decyzja – tylko płatności bezgotówkowe.
TFG + gwarancje – chrońmy podróżnych na wypadek niewypłacalności, bo podróżny to dobro narodowe
Przeżyliśmy falę niewypłacalności w 2012 roku i z pomocą unijnych ekspertów, którzy zawsze wiedzą lepiej, stworzyliśmy fundusz, żeby wszyscy byli bezpieczni. Dokręciliśmy śruby w systemie zabezpieczeń obowiązkowych organizatorów turystyki, żeby klient zawsze był chroniony.
No chyba że marszałek przyjmie bierną postawę, a ministerstwo – jak zwykle – będzie miało czas, żeby reagować, sprawdzać, kontrolować.
14 lat po fali, która nieco zmieniła układ sił na turystycznej mapie organizatorów, zagrano na BIS. Ale mniej spektakularnie. W ciszy, można powiedzieć. Bez medialnego szumu, z pojedynczymi artykułami, które zniknęły, nie spotykając się ze wzmożoną klikalnością.
Media głównego nurtu nie wspomniały o tym, że gdzieś tam, w czeluściach systemu, są klienci, którzy od 3 miesięcy czekają na zwrot środków za niezrealizowane imprezy turystyczne. Organizator – po otrzymaniu zakazu – nadal twierdzi, że je zrealizuje. Przez spółkę córkę. A może spółkę córki?
Drogi czytelniku, literówka może się zdarzyć każdemu, a w tym konkretnym przypadku nie zmienia ona sensu wypowiedzi.
Kwartał oczekiwania, bo marszałek nie otrzymał oświadczenia o niewypłacalności. A chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi – i nawet w Krajowym Rejestrze Długów – wskazują na to, że „na BIS nie zagrają”, bo na kontach zajęcia komornicze, a środków brak… to on czeka. Śle do organizatora listy i zwleka. A może jest fanem Skaldów i nuci w zaciszu gabinetu „Ludzie listy piszą zwykłe polecone; Piszą, że…”, no właśnie… a klienci czekają.
Ustawodawca dał mu uprawnienie do działania z urzędu. Czy art. 13 ust. 2 ustawy parzy? Czy jest powód do zwłoki? Czy warto swoją bezczynnością pokazywać podróżnym, że system, który miał ich chronić, to wydmuszka, w której ochrona schodzi na drugi plan?
Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi.
Miliony w gwarancji czekają na Beckettowskiego Godota, a klienci – którzy nie wiedzą, co z ich wakacjami, co z ich pieniędzmi – pozostawieni są sami sobie.
Chociaż są zaopiekowani.
Pewnie zastanawiacie się, przez kogo?
Przez agentów. Tych samych, którzy zostali z niezapłaconymi fakturami prowizyjnymi i liczą się z tym, że swoich pieniędzy już nie zobaczą.
Chichot losu czy kolejny absurd sytuacji?
Nie można narzekać. Najważniejsze, że mamy przepisy i że rynek jest (prze)regulowany.
Czy ja to napisałem? Uff… dałem nawias. Niech ta myśl zostanie – przyda się na przyszłość.
Za rogiem czeka implementacja znowelizowanej dyrektywy. Będzie… bezpieczniej.
Pytanie: dla kogo i czy w ogóle.
Tu można się zastanowić, czy to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady. A może wyrejestrować się z rejestru organizatorów, odzyskać kasę z zabezpieczenia gwarancji, odetchnąć z ulgą, że nasz dom nie jest już zabezpieczeniem gwarancji ubezpieczeniowej, i zarejestrować sobie UKS-a.
Czy Uczniowski Klub Sportowy jest rozwiązaniem?
Wielu właśnie popukało się w czoło. Ale okazuje się, że są tacy, którzy – działając jako stowarzyszenie nierejestrowe – rozwinęli działalność na całą Polskę, twierdząc, że mają członków wszędzie, a żeby do nich dotrzeć z ofertą, muszą drukować ulotki i dawać płatne ogłoszenia.
I to wszystko w ramach odpłatnej działalności pożytku publicznego, bo przecież przepisy zabraniają prowadzenia działalności gospodarczej przy takiej formie wpisu.
Optymalizacja podatkowa i organizacyjna. Brak papierologii. I wszystko w ramach działalności „niezarobkowej”. Dla organizacji, naturalnie. Bo kto ma zarobić, ten zarobi.
Uczciwość stała się ryzykiem biznesowym
Legalny biznes bierze na siebie ryzyko, koszty, obowiązki. Do tego stres i pracę 24/7.
Uczciwość = przewaga konkurencyjna? Czy handicap?
Każdy z nas sam może wyciągnąć te wnioski.
System, w którym odpowiedzialność jest jednostronna i cała spada na organizatora:
klient → roszczenia,
państwo → obowiązki,
nieuczciwy → nic.
Ten rachunek jest dość prosty i nie wymaga kalkulatora.
Konsumenci są ofiarami własnych wyborów, ale to często wynik niewiedzy i zbyt dużej wiary w to, że system ich chroni. Że przecież nie jest możliwe, aby skala szarej strefy była aż tak duża. Że ktoś coś zrobi. Że przecież te wszystkie systemy ochronne są nastawione na jego – konsumenta – ochronę.
Tylko czy możemy mówić o ochronie konsumenta, czy możemy mówić o ochronie rynku, kiedy dochodzić tej ochrony trzeba w wieloletnich procesach sądowych, w niewydolnym systemie sądownictwa powszechnego?
A co z przedsiębiorcami, którzy próbują działać uczciwie? Czy możemy mówić o ochronie rynku, jeżeli konkurują oni nie z innymi przedsiębiorcami, ale z podmiotami, które funkcjonują poza systemem – bez gwarancji, bez składek, bez odpowiedzialności i bez realnego ryzyka sankcji? Uczciwy organizator ponosi koszty, spełnia obowiązki i odpowiada za wszystko. Nieuczciwy – korzysta z tej samej przestrzeni rynkowej, może oferować niższe ceny lub przy tych samych zarobić więcej i w praktyce pozostaje poza zasięgiem skutecznej kontroli. To nie jest konkurencja. To jest systemowa nierówność, w której przestrzeganie prawa przestaje być przewagą, a zaczyna być obciążeniem.
Rzymianie mawiali: twarde prawo, lecz prawo. A martwe prawo to jakie prawo?
Wiktymizujące uczciwość i grę zgodnie z zasadami?
Jeżeli system premiuje tych, którzy go omijają, a obciąża tych, którzy go przestrzegają – to problemem nie jest przedsiębiorca.
Problemem jest system.
Łukasz M. Mikosz, prezes Europejskie Stowarzyszenie Przedsiębiorców Turystycznych
POWIĄZANE WPISY
4 lutego 2026
ESPT: system, który rejestruje wszystko, ale nie zapewnia realnej kontroli. Tylko co trzeci wyjazd dzieci objęty ochroną
Gdy administracja publiczna twierdzi, że „nie da się” analizować rynku wypoczynku dzieci…
0 Komentarzy8 Minuty
29 grudnia 2025
100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce 2025
Już po raz dziesiąty ogłaszamy Listę 100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce…
2 Komentarze105 Minuty
28 grudnia 2024
100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce 2024
Po raz dziewiąty ogłaszamy Listę 100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce –…
0 Komentarzy87 Minuty
30 lipca 2024
W biurach podróży wcale nie jest drożej. Dość manipulowania danymi [OPINIA]
Cierpiąca na brak rzetelnych, bieżących i opartych na naukowej metodologii danych branża…
1 Komentarz17 Minuty
5 lutego 2024
Ryanair i OTA – małżeństwo z miłości czy rozsądku?
Ryanair najpierw wojował, teraz zawiera sojusze z kolejnymi biurami podróży. Czy tylko…
0 Komentarzy7 Minuty
28 grudnia 2023
100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce 2023
Po raz ósmy ogłaszamy Listę 100 najbardziej wpływowych osób w polskiej turystyce – osób,…
6 Komentarzy96 Minuty
18 września 2023
Maciej Szczechura: rok 2023 to nie tylko rekord sprzedaży, ale też wyższa rentowność
Zmiana pokoleniowa w zarządzie nie oznacza, że właściciele firmy przestali wytyczać…
0 Komentarzy12 Minuty
11 lipca 2023
Przepisy UE uregulują najem krótkoterminowy, lecz Polska potrzebuje własnych rozwiązań
W 2019 roku w Europie wykupiono 512 mln noclegów w ramach krótkoterminowego najmu.…
1 Komentarz17 Minuty
5 lipca 2023
Gwiazdkowa turystyka, czyli kulinarna szansa dla Polski
Czerwony przewodnik Michelin to najpopularniejszy i najbardziej prestiżowy przewodnik…
0 Komentarzy11 Minuty










