Chodźcie do Bremy!

Do Bremy warto wpaść nawet jeśli nie ma tam żadnego festiwalu./fot. Mieczysław Pawłowicz
Do Bremy warto wpaść nawet jeśli nie ma tam żadnego festiwalu./fot. Mieczysław Pawłowicz

Żałowaliście, że skończył się Oktoberfest? Na północy Niemiec, w Bremie trwa Freimarkt. Ale nawet jak nie zdążycie do końca października odwiedzić tego portowego miasta, to warto je wpisać na listę miast wartych odwiedzenia.

Ischa Freimaak!

To hasło w żargonie bremeńskim, które widnieje na plakatach i setkach serc piernikowych do kupienia na stoiskach Freimarkt- obok kiełbasek i oczywiście: piwa. Impreza powstała na pamiątkę przywileju wolnego handlu udzielonego arcybiskupstwu Bremy roku przez cesarza Konrada II w dniu 16 października 1035 . Freimarkt to obecnie trzeci tego typu festiwal w Niemczech a największy w jej północnej części. Organizatorzy spodziewają się – w zależności od pogody – od 1,5 do 1,8 mln gości. I w przeciwieństwie do imprezy monachijskiej większość z nich to mieszkańcy najbliższej okolicy. Zgodnie z północnoniemiecką tradycją piwo podawane jest w mniejszych szklankach, choć nie brak też namiotu z litrowymi kuflami typu ,,mass”. Ale niezależnie od wielkości naczyń piwo leje się strumieniami. Ischa Freimaak! Czyli ,,Przecież trwa Freimarkt” to także nieformalne wytłumaczenie i usprawiedliwienie uczestników festiwalu.

Morskie opowieści

Freimarkt to niejedyny powód dla którego warto odwiedzić jedno z najstarszych hanzeatyckich miast położone nad Wezerą. Szczególnie miłośnicy morskich opowieści powinni je wpisać na listę obowiązkowych punktów zwiedzania. Choć samo miasto leży ok. 60 km od Morza Północnego to jest nierozłącznie związane z handlem morskim. Wprawdzie największe statki teraz rozładowywane są w Bremerhaven, ale tradycje żeglarskie są tu widoczne na każdym kroku. Nawet w Kunsthalle Bremen, galerii sztuki. Jest tu wprawdzie sporo dzieł, które zupełnie do mnie nie przemawiały, jednak bodaj ze dwie sale z malarstwem flamandzkim zrobiły na mnie duże wrażenie. Miłośnikom bardziej praktycznych ekspozycji polecam wizytę w Muzeum Portowym. Mieści się ono w Spichrzu XI, rewitalizowanej starej dzielnicy portowej Überseestadt. Można niemal samemu rozładować worki z kawą i bawełną.

Do Bremy warto wpaść nawet jeśli nie ma tam żadnego festiwalu./fot. Mieczysław Pawłowicz
W Kunsthalle Bremen istotną częścią są obrazy i eksponaty marynistyczne. /fot. Mieczysław Pawłowicz

Najmniejszy hotel świata

Tradycje handlowe plus relatywnie bliska odległość od morza były motorem rozwoju miasta. Jednym z głównych towarów była bawełna. Pamiątką po handlu tym towarem jest jeden z lokali zwany Cotton Club leżący na obrzeżach dzielnicy Schnoor. To najbardziej malownicza część miasta. Według jednych teorii to dlatego, że robiono tu sznury (do sieci). Inni twierdzą, że fasady niewielkich domków biedniejszej – niegdyś – ludności są grube niczym sznurki. Faktem jest, że po Schnoor idzie się jak po sznurku. Czasem przejścia są faktycznie niewiele szersze niż sznurek. Z rana jest też szansa na obejrzenie malowniczych domków bez tłoku turystów. Jeden z nich – Dom Weselny – to najmniejszy hotel świata. Ma tylko jeden pokój, więc jeśli ktoś chce zabrać swoją miłość na romantyczny weekend – cały hotel ma dla siebie.

Sztuka dzięki kawie

Prócz bawełny Brema handlowała kawą. Ba! Nie tylko handlowała. Kupiec Ludwig Roselius wymyślił kawę bezkofeinową. O dziwo trafił w niszę i dorobił się małej fortuny. A pieniądze przeznaczył na Bötcherstrasse. To uliczka stylizowana na ,,średniowieczną”, która wybudowana jest w czerwonej cegle. Pełna zaułków i małych sklepików z pamiątkami, małymi dziełami sztuki. Nawet wejście do lokalnego browaru prowadzi przez małą galerię rzeźby. W innym miejscu uliczki znowu czujemy klimat marynistyczny. W Haus des Glockenspiels 30 dzwonków wygrywa kilka razy dziennie tradycyjne melodie. Na ścianie wierzy pojawiają się też zdobywcy i odkrywcy Atlantyku: zarówno żeglarze jak i lotnicy.

Nawet wejście do browaru jest galerią sztuki./fot. Mieczysław Pawłowicz
Nawet wejście do browaru jest galerią sztuki./fot. Mieczysław Pawłowicz

Muzykanci i Roland

Bötcherstrasse to łącznik między bulwarami Wezery, gdzie przycumowany jest słynny żaglowiec Alexander von Humboldt i Rynkiem Głównym. Na rynku pierwszoplanową postacią jest figura Rolanda. Tego samego ze średniowiecznej ,,Pieśni o Rolandzie”. Z wielu pomników rycerza rozmieszczonych w kraju, ten – według bremeńczyków – jest najważniejszy. Postawiony w 1404 roku pomnik znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Podobnie jak pobliski Ratusz zbudowany w stylu gotyckim, z fasadą z okresu renesansu wezerskiego. Nie mniej istotny jest inny symbol miasta unieśmiertelniony dzięki baśniom braci Grimm. To słynni Muzykanci z Bremy.

Pomnik Muzykantów z Bremy jest jednym z najczęściej fotografowanych obiektów miasta. /fot. Mieczysław Pawłowicz
Pomnik Muzykantów z Bremy jest jednym z najczęściej fotografowanych obiektów miasta. /fot. Mieczysław Pawłowicz

O dziwo, kiedy w połowie ubiegłego wieku postawiono im pomnik, mieszkańcy podeszli do niego bardziej niż sceptycznie. Teraz figurki zwierząt, które wybierały się do Bremy znajdziemy w każdym sklepie z pamiątkami. A nawet wrzucając monetę do jednej ze studzienek usłyszymy szczekanie psa czy pianie koguta. Warto jednak pamiętać, że w baśni zwierzęta ostatecznie nie dotarły do miasta. Mimo, że zachęcały się zawołaniem ,,Chodźcie do Bremy!” Nie bądźcie jak Muzykanci. Wybierzcie się na choćby na weekend.

W Bremie byliśmy na zaproszenie Niemieckiej Centrali Turystyki oraz miasta Brema