Austriackie Alpy na każdą porę roku. Dolina Stubai zachwyca nie tylko zimą, a alpejskie krowy można głaskać jesienią

fot. AM

Góry po sezonie, czyli właściwie, kiedy? W austriackich Alpach czegoś takiego jak „po sezonie” nie ma chyba nigdy. W Dolinie Stubai zima jest baśniowa, a reszta pór roku zachwycająca. Schyłek lata i początek jesieni są tu szczególne. Słońce delikatnie muska skórę, mgły sprawiają, że wszystko wygląda tajemniczo, krowy przy górskich chatach przymilają się do wędrowców, widoki zapierają dech w piersiach, a brak tłumów pozwala cieszyć się tym wszystkim w spokoju.

Dolina Stubai to część Tyrolu, słynie z największego w Austrii ośrodka narciarskiego na lodowcu, od którego wzięła swoją nazwę. Dookoła – majestatyczne szczyty Alp Sztubajskich z górującym nad okolicą Zuckerhütl (3507 m n.p.m.). Niecały kilometr od szczytu – już Włochy. Ale tam zapuścimy się innym razem. Tuż pod szczytem rozciąga się majestatyczny Lodowiec Stubai. A na nim 1450 hektarów terenów narciarskich. Śnieg gwarantowany jest od października nawet do czerwca. Jednak latem i wczesną jesienią okolica przyciąga fanów alpejskiego trekkingu i wspinaczki wysokogórskiej. Biała czapa lodowca będzie widoczna z wielu miejsc w Dolinie Stubai i ze szczytów po obu jej stronach. Ale za każdym razem widok będzie nieco inny, bo i góry okalające dolinę mają różny charakter.

Od stromych granitowych ścian, przez porośnięte świerkami, niezbyt strome zbocza, po wapienne postrzępione granie, przypominające pobliskie włoskie Dolomity. Jak na niewielką w sumie dolinę – ogromna różnorodność. Jak odnaleźć się w Dolinie Stubai i wybrać najciekawsze miejsca na kilkudniowy wypad? Moją bazą było Fulpmes, niewielkie senne miasteczko leżące u wlotu do doliny. Stamtąd wybrałam się na pierwszą wycieczkę.

fot. AM

Dolina Stubai – raj dla rowerzystów

W ramach rozgrzewki postanowiłam przywitać się z Doliną Stubai z rowerowego siodełka. W okolicy znajdziecie sporo sklepów sportowych. W niemal każdym działa wypożyczalnia rowerów. Większość ma szerokie, terenowe opony i pełną amortyzację. Warto wybrać model z elektrycznym wspomaganiem. Dzięki niemu niestraszne nam będą żadne podjazdy (bo choć będą łagodne, to czeka nas ich sporo). Po krótkim przeszkoleniu i – obowiązkowo – w kasku na głowie – ruszam w górę doliny. Zostawiam w tyle Neustift im Stubaital, mijam Milders, przede mną już tylko las i góry z obu stron ścieżki rowerowej.

Jadę równą trasą, częścią szlaku rowerowego nr 19. To niemal 40 kilometrów po równych asfaltowych ścieżkach wzdłuż doliny, fragmenty trasy wiodą też lokalnymi drogami o spokojnym ruchu. Nie ma tu niemal żadnych przeszkód terenowych (o ile za takie nie uznamy pasących się krów, które przymilają się do głaskania oraz przystanków na zrobienie zdjęć, bo widoki zapierają dech w piersiach). Jest równy asfalt, piękne widoki i (wspominałam o elektrycznym wspomaganiu?) podjazd w górę doliny. Po drodze jednak zostawiam rower. Na trasie jest sporo atrakcji dla młodszych i starszych a także miejsc, w których można uzupełnić kalorie. Pora na drugie śniadanie (pyszny strudel z jabłkami i kawa) i krótką jazdę autobusem. Przede mną bowiem szlak, który można pokonać tylko pieszo.

fot. AM

Szlak Dzikiej Wody

Autobusy w Dolinie Stubai kursują regularnie i często, dowożąc do najważniejszych dla turystów miejsc. Z kartą Stubai Super Card można z nich korzystać za darmo (o karcie przeczytasz na końcu tekstu). Ja wysiadłam przy Grawa Alm. To jeden z przystanków na „Szlaku Dzikiej Wody” („WildeWasserWeg”). W górę można dojść aż do źródeł rwącego potoku, Sulzenau. To dwa etapy marszu, razem ponad 4 godziny drogi i niemal 800 metrów przewyższenia. Wybieram mniej wymagający fragment w dół. Startuję przy imponującym wodospadzie Grawa. Jest koniec września, więc wody jest niewiele, ale i tak jej rwące kaskady robią wrażenie.

W górę, aż do progu wodospadu, prowadzi wytyczony w lesie szlak. Strome i grząskie fragmenty poprowadzono po drewnianych stopniach. Po drodze – dwie widokowe platformy. Na dole zaś – spory taras widokowy z leżakami i siedziskami. Pozwala on w spokoju podziwiać potęgę wysokiego na 180 metrów wodospadu. Ale nie tylko widokami można się tu nasycać. Naukowcy z Salzburga dowiedli, że mgiełka z wodospadu ma prozdrowotne właściwości. Oddycham więc głęboko i po chwili ruszam dalej, w dół. Szlak poprowadzono lasem. Łatwo go przejść, po drodze nie ma wybojów, a wysypaną grubym żwirem ścieżkę można pokonać nawet z dziecięcym wózkiem. Po drodze mijam platformy widokowe zawieszone nad rwącą rzeką. Jej wzburzone wody huczą między stromymi skalnymi ścianami. Szczególnie głośno jest przy przełomie Ruetz. Ten rzeczny przełom można oglądać z góry, ażurowy stalowy pomost wisi nad samym nurtem.

fot. AM

Pstrągi pluskają się w wodzie z lodowca

Po drodze mijam wysokie świerki i polany, które pozwalają rozejrzeć się dalej – na okalające dolinę szczyty. Docieram do Tschangelair Alm. W tej starej alpejskiej chacie działa restauracja. W menu znajdziemy lokalne specjalności, ja polecam szczególnie pstrąga z ich własnej hodowli. Stawy, przez które przepływa woda z lodowca, znajdują się tuż obok. Ryba oprószona mąką z dodatkiem lokalnych ziół i sporej ilości masła trafia do pieca, a potem na talerz. Trudno znaleźć świeższą. Po powrocie na szlak dochodzę do dawnego kamieniołomu, w którym urządzono przestrzeń rekreacyjną i mały amfiteatr. Stamtąd – dwa kroki do przystanku autobusowego. Chwilę później docieram do miejsca, w którym, zostawiłam rower. Pora na ostatnią część dzisiejszej trasy – gładką ścieżką rowerową w dół doliny.

fot. AM

StubaiBlick – widoki, które zapierają dech w piersiach

Kolejny dzień zaczynam krótkim spacerem do stacji kolejki. W Fulpmes mieści się dolna stacja wyciągu „Schlick 2000”. Zimą pełno tu narciarzy, wczesna jesień to czas dla miłośników wędrówek lub kolarstwa górskiego. Wjeżdżam na środkowy poziom. Z wysokości 1700 metrów widać szczyty dookoła i okoliczne miejscowości poniżej. Dużo poniżej, z tej odległości drogi przypominają wstążki, a domy – małe pudełeczka. Drogę w dół docenią rodziny z dziećmi. Dla nich zbudowano kilka domków na drzewach. Konstrukcie zawieszono w taki sposób, by świerki mogły swobodnie rosnąc. To kraina skrzatów. Motywy z nimi związane znajdziemy w kolejnych chatkach na trasie. Będą labirynty, łamigłówki i małe zjeżdżalnie. Więcej zjeżdżalni znajdziemy dalej. Kilka stalowych rynien pozwala pokonać trasę szybciej. Łączą one kolejne elementy wijącego się serpentyną szlaku.

Do zjeżdżalni wchodzimy ze specjalną matą, pozwala ona sprawnie ześliznąć się w dół. Alternatywą jest ścieżka wzdłuż której specjalną rynną można puścić w ruch drewniane krążki. Dla dzieci to wyzwanie – być na dole szybciej niż one. Po dotarciu do pośredniej stacji kolejki wjeżdżam na samą górę. Schronisko i restauracja „Panorama” mieści się na szczycie Kreuzjoch (2136 m n.p.m.). Jeszcze kilka minut spaceru i jestem na StubaiBlick. To platforma widokowa na górskiej grani. Zapewnia otwarty widok na trzy strony – widać stąd całą dolinę i szczyty po drugiej stronie, z ikonicznym dla okolicy Serles (jego podnóże odwiedzę nazajutrz).

Odwracam głowę i przede mną piętrzy się potężne pasmo Kalkkögel, którego najwyższy punkt ma aż 2804 m n.p.m. Patrzę w prawo i widzę na wprost calutką dolinę Stubai – z zamykającym ją lodowcem. Z lewej stron, przy dobrej pogodzie, można dojrzeć nawet Innsbruck. Wracam do stacji kolejki, gdzie mieści się także restauracja Panorama, pora coś zjeść. Wybieram klarowny, wołowy bulion z naleśnikami pokrojonymi zamiast makaronu. Do tego Kasspatzln – tak w Tyrolu mówią na Käsespätzle, czyli kluski z górskim serem. Ciasto przeciera się przez specjalną maszynkę prosto do wrzątku, po odcedzeniu podaje się je z górskim serem i idealnie zezłoconą cebulką. W kolejnym aktywnym dniu trudno o lepszy wybór. Tym bardziej, że przede mną kolejna atrakcja – szlak Sunnerseit’n łączący Fulpmes i Neustift. Można tam dojść piechotą, ale po pysznych kluskach na obiad wybieram taksówkę. Docieram w idealne miejsce, gdzie częścią szlaku jest wiszący most rozpięty 50 metrów nad świerkowym lasem i platforma widokowa, z której można podziwiać Neustift i okoliczne góry. Widoków nigdy dość, ale największą atrakcją jest rozpięta nad drzewami stalowa kładka długa na 110 metrów.

Ołtarz Tyrolu

Trzeciego dnia przyszła pora, by z bliska spojrzeć na Serles. Położony po drugiej strony doliny szczyt mierzy 2718 m n.p.m. I razem z sąsiednimi górami robi takie wrażenie, że Goethe jadąc do Włoch nazwał go „ołtarzem Tyrolu”. W słowach poety nie ma cienia przesady. Skalny masyw dominuje nad okolicą i choć nie jest najwyższy, uznawany jest za symbol regionu. Trasę zaczynam w Mieders. Tu znajduje się dolna stacja kolejki linowej, która zabiera mnie na Koppeneck (1600 m n.p.m.). Dookoła rozciągają się widoki na szczyty, które z bliska oglądałam wczoraj i na dolinę, która akurat tego ranka przykryta jest szczelną warstwą mgły. Dzięki temu czuję się jak na spacerze w chmurach. Zupełnie przypadkiem metafora prowadzi mnie do Maria Waldrast. To jeden z najwyżej położonych klasztorów w Europie i cel szlaku pielgrzymkowego z Katedry św. Jakuba w Innsbrucku. Jadę (drogę z Koppeneck można przejechać „kolejką”, czyli w wagoniku ciągniętym przez stylizowany na lokomotywę traktor. Piechotą idzie się godzinę w każdą stronę) do klasztornego kompleksu przez gęsty las, mijając kapliczki i stacje drogi krzyżowej. Zabudowania pochodzą z połowy XVII wieku, ale od tamtej pory kilka razy je przebudowywano. Historia miejsca sięga Wielkiej Soboty w 1407 roku, kiedy to dwóch pasterzy miało dojrzeć w pniu modrzewia wizerunek Matki Bożej. Ich krewni przenieśli podobiznę do swojego kościoła.

50 dni po Wielkanocy, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, lokalny drwal ujrzał Matkę Boską z dzieciątkiem na ręku, która nakazała mu wybudowanie świątyni tam, gdzie wcześniej odnaleziono jej podobiznę. Dwa lata później biskup zgodził się na budowę, a po kolejnych dwudziestu latach – stanęła kaplica. Od tamtej pory miejsce przyciąga pielgrzymów i turystów, którzy odnajdują tam ciszę i spokój. W klasztorze można spędzić kilka dni lub tygodni, oddać się modlitwie, medytacji i wędrówkom po okolicy. Wszystko przy wsparciu klasztornej kuchni, która w swojej ofercie ma także postne posiłki. Ja nie mam tyle czasu, a o dobrodziejstwach postu zapominam na myśl o tym, co czeka mnie tuż po powrocie na Koppeneck. W tamtejszej restauracji zamawiam Keiserschmarnn – omlet cesarski, czyli coś pomiędzy puchatym naleśnikiem, a omletem. Oprószona cukrem pudrem góra słodkiego dobra ląduje przede mną na patelni w towarzystwie musu z jabłek, powideł śliwkowych i lodów waniliowych.

Niebo w gębie. Po posiłku mam czas na podziwianie okolicy z pobliskiego leżaka. Ustawiono je tak, aby każdy gość miał najlepszy widok: Z lewej górujący nad całością Serles, na wprost dolina (w międzyczasie mgła się rozproszyła), dalej – Kreuzjoch i pasmo Kalkkögel, które z bliska widziałam wczoraj. Po posiłku droga w dół. Można wrócić kolejką, ale ja wybieram szybszy sposób – wózek na stalowej szynie zwozi mnie po kilkunastu stromych zjazdach i ostrych wirażach na sam dół. Prędkość to nawet 40 km/h, ale mogę regulować ją dźwignią hamulca. Przez cały czas jestem bezpiecznie przypięta, a szybkość i bliskość drzew i ziemi sprawia, że czuję się – dosłownie – jak na kolejce górskiej.

fot. AM

Dolina Stubai na weekend

Trzy dni i trzy zupełnie inne doświadczenia w Dolinie Stubai. Na własnej skórze sprawdziłam, że nawet turysta bez wielkiego doświadczenia nie musi bać się alpejskich szlaków. Znajdziemy tu łagodne trasy poprowadzone w dolinie, jak np. Szlak Dzikich Wód. Są też bardziej wymagające górskie ścieżki, prowadzące wzdłuż górskich zboczy, jak nowy szlak Sunnerseit’n z imponującym wiszącym mostem. W końcu wytrawni turyści mają szlaki wysokogórskie: tu szlak zabezpieczony klamrami i stalowymi linami prowadzi między głównymi schroniskami na Sztubajskiej Trasie Wysokogórskiej. Można go podzielić na kilka etapów, nie schodząc wcale w dolinę. Cały czas będziemy znajdować się powyżej dwóch tysięcy m n.p.m. W końcu – trzeci etap tej trasy oznaczony czarnym kolorem. Dostępny tylko latem, przeznaczony jest dla najbardziej doświadczonych turystów. Trasa biegnie czasem po stalowych drabinach i skalnych półkach z mocną ekspozycją. Lęk wysokości – wykluczony.

W trakcie krótkiego pobytu w Dolinie Stubai nie zdecydowałam się na bardziej wymagające trasy. Muszę podkreślić, że to podstawa podczas górskich wędrówek, by swoje plany dopasować do umiejętności. Jednak różnorodność dostępnych opcji pozwoliła mi zasmakować atrakcji regionu zupełnie inaczej niż dotąd. Wcześniej odwiedziłam go zimą. Teraz wiem, że to nie tylko cel narciarskich wyjazdów, ale miejsce do aktywnego wypoczynku przez cały rok.

Dolina Stubai – informacje praktyczne. Jak dojechać i jak poruszać się na miejscu?

Do Fulpmes albo Neustift dojedziemy z Innsbrucku. Podróż autem lub taksówką trwa pół godziny. Do Innsbrucku zaś łatwo dolecimy przez Wiedeń lub Monachium (w tym przypadku ze stolicy Bawarii do Innsbrucku dostaniemy się autokarem). Zimą z Polski można dolecieć bezpośrednio, LOT planuje połączenia z Warszawy do Inssbrucka w okresie ferii.

Na miejscu bardzo sprawnie działa komunikacja autobusowa. Połączenia i bilety można sprawdzić z pomocą aplikacji VVT SmartRide oraz VVT-Tickets-App. To platforma wyszukująca połączenia autobusowe i kolejowe, działająca w całej Austrii. Przy zameldowaniu w hotelu, warto poprosić o bezpłatną Stubai Super Card. Dzięki tej imiennej karcie możemy za darmo korzystać z komunikacji publicznej, kolejek górskich oraz niektórych atrakcji.

W Fulpmes i Neustift znajdziemy supermarkety, w których bez problemu zapłacimy kartą. Terminale płatnicze znajdziemy też w niektórych górskich restauracjach. Jednak dobrze jest mieć ze sobą gotówkę. W Austrii płacimy w Euro.

Autor: Agnieszka Morawska